— A ja idę do parku, bo tu nie ma co robić.
— Idę z tobą — zawołała Marta i razem wybiegli przez ten zimny, ogromny, właściwie pusty salon, w którym właśnie Łukasz zdejmował pokrowce i otwierał oszklone drzwi na północny taras.
Marta powiedziała ze smutkiem:
— Bo w domu coś się zmieniło!
— Nic się nie zmieniło — zaprotestował Tom — tylko jest pusty. Nikt nie mieszka.
— A papo?
— Papo sobie mieszkał w gabinecie, w kancelarii, na toku! A zresztą papo to nie mama.
Ale w parku było zupełnie tak jak dawniej, tylko dwa razy piękniej. Wszędzie się słały kwiaty purpurowe, żółte, szafirowe. Trawniki nisko skoszone lśniły jak atłas, a jezioro ciche, głębokie, dobrotliwe, połyskiwało gładką taflą. Łabędzie wypłynęły z ciemnego kanału i wolniutko sunęły w stronę przystani, a na wodzie pozostawiały koła coraz szersze.
Marta powiedziała, że już przenigdy więcej nie wyjedzie z domu.
— A ja wyjadę — rzekł Tom. — Ale potem zaraz wrócę, bo wracać jest najprzyjemniej.