Odchodząc drogą, nadleśny odwracał się kilkakrotnie i przesyłał chłopcom przyjacielskie pozdrowienia ręką. Olek dotykał wtedy czapki, a Nik wołał uprzejmie: „do widzenia, do widzenia!”.

Gdy znikł, Olek powiedział z goryczą:

— Ty, Nik, jesteś niemożliwy!

— Potem mi to powiesz, bracie pierworodny, a teraz szukajmy.

— Dobrze, szukajmy. Ale ja ci potem powiem.

Zapuścili się wgłąb lasu, konie uwiązawszy na polanie. Od umówionego dębu odliczali pilnie kroki. W gąszczu zielonym malin, paproci, jeżyn i jałowca stanęli i osłoniwszy usta rękami, zawołali cicho, lecz bardzo wyraźnie: hop, hop. — Potem drugi raz i trzeci.

A potem czekali z bijącym sercem.

Gdzieś bardzo blisko zaszeleściły liście i zza krzaków wyłonił się szaro ubrany chłopiec, bardzo blady. Ujrzawszy Olka i Nika, cofnął się o krok.

Stali naprzeciw siebie, mierząc się oczyma, nieufni, trwożni i wzruszeni.

W końcu Olek wykrztusił: