— Więc chodźmy. Bo pan pewnie bardzo zmęczony.
— Tak... zmęczony jestem — powiedział, a raczej wyszeptał chłopiec.
— Tutaj mamy bryczkę na polanie. Jeśli spotkamy nadleśnego, to niech się pan nie boi, bo on myśli, że pan jest naszym profesorem.
— A tu jest mleko z koniakiem. Niech się pan napije — powiedział Olek, zdejmując termos z ramienia.
Legionista pił, oparłszy się o pień drzewa, a chłopcy czekali w milczeniu.
Potem poszli wolno, bo potykał się między drzewami i mocno kulał.
Wsiedli do bryczki i Olek ostro popędził konie. Nie odwracając na bok głowy, jednym okiem, nieznacznie przypatrywał się Nik swemu towarzyszowi. Widział jego profil dziecinny i czysty, niby narysowany jedną płynną linią przez umiejętną dłoń. Widział zmęczone, co chwila zamykające się oczy i jasne, zbyt długie, zlane potem włosy.
„Wygląda jakby trzech nie zliczył, a bił się, wstąpił do legionów” — pomyślał Nik z podziwem i w tejże chwili podtrzymał swego towarzysza, który wyraźnie słabł z bólu.
Olek zaś popędzał konie, nie bacząc na wyboje i mostki. Chciał wrócić do domu, nim ludzie z pól schodzić zaczną, by jak najmniej oczu widziało podejrzanie bladego gościa.
Przed samym Niżpolem skręcił w polną drogę, objechał wieś tyłami, okolił folwark i dopiero przed samą bramą wyjechał na drogę.