W alei wjazdowej chłopcy odetchnęli z ulgą. Na balkonie czekali na nich ojciec i wuj Dymitr i od razu zabrali legionistę w swoje ręce.

Chłopcy zostali na balkonie.

Siedli na schodach i patrzyli ze znużeniem, jak Michałko odprowadza wokoło gazonu konie do stajni.

Wieś rozbrzmiewała odgłosami wieczoru. Pędzone z pastwisk bydło ryczało tęsknie, wznosząc tumany kurzu, daleko, na drodze, za bramą. Ludzie, wracając z pól, śpiewali, a głosy szeroko się rozlewały po wsi, psy szczekały, pędząc zaglądające do cudzych zagród krowy, a jakiś głos wysoki i niezmiernie dźwięczny wołał śpiewnie: „Motra! a deż win, a deż win podiłsia13?”, a potem gama śmiechu, cha, cha, cha... cha, cha, cha!

Olek zapytał sennie:

— Czy to ty nazywasz „dyplomatycznym pytaniem”, to co tam mówiłeś w lesie?

— Och, nie nudź! — odpowiedział Nik.

— Naturalnie, że dziś nie warto! — pokiwał głową Olek — Ale jutro! Jutro wszystko ci powiem, co myślę o tobie!

Rozdział IX. Raz kozie śmierć

Nazajutrz, o 6-tej rano, zajechała ciocia Halszka z Renią i Alim najętymi końmi wprost z kolei.