— Wyjdź natychmiast z którymkolwiek z chłopców do parku i zawołaj pana Andrzeja. Gdy przyjdzie, zaprowadźcie go, ani chwili nie zwlekając, do groty i spuśćcie w przekop. Potem starannie nakryjcie płytę. Powiedzcie mu, żeby siedział cicho, aż dopóki ja sam nie przyjdę po niego. Niech nie waży się ruszyć. Wrócicie naokoło, nie spiesząc się, przez plac tenisowy. Spokojnie. Idź natychmiast.
Coś tak ważnego było w głosie ojca, że Marta, nie pytając o nic, strwożona, ruszyła natychmiast wykonać zlecenie. Szybko minęła salon, przemierzyła jego błyszczącą posadzkę pewnie, bez wahania. Dopiero w przedpokoju dotarł do jej świadomości widok oficera — że stał przy stole z głową pochyloną i palcami gładził zamszową okładkę Króla Ducha.
Z sieni już pędem wybiegła na ganek i tu na schodach nawinął jej się Tom, chwyciła go za rękę i ciągnąc, ogłupiałego ze zdumienia, za sobą, galopem okrążała dom.
Biegnąc, rzuciła zaczynającemu już protestować przeciw napaści Tomkowi:
— Papuś kazał. Nic się dziw, tylko na miły Bóg, rób to co ja. Potem ci opowiem. Dość, że jest wielkie niebezpieczeństwo.
Za drzewami w alei stanęła, zaczerpnęła powietrza i głosem czystym i donośnym zawołała:
— Panie Andrzeju!
— Czego chcesz, Marto? — zapytał z tarasu.
— Proszę tu przyjść na chwileczkę — odkrzyknęła, wysuwając głowę z gałęzi.
I struchlała — oto po stopniach tarasu schodził pan Andrzej, a za nim krok w krok — oficer.