Nim jednak stanęli na ziemi, z tarasu zawołano go z powrotem. Towarzysz jego, stojąc w drzwiach salonu, wołał z uśmiechem:

— Chodź no tu, Sierioża, zobacz, jak prześliczne kindżały ma August Aleksandrowicz.

Oficer zawahał się, chwilę postał na stopniach, ale pan Andrzej nie czekał na niego i szedł szybko wprost do Marty.

Zaledwie stanął przy niej, uchwyciła go za rękę, Tom, wierny instrukcjom, za drugą i szybko pomknęli w głąb parku.

Dopiero po chwili pan Andrzej zapytał z trudem:

— Czego chciałaś, Marto?

— To nie ja, to papo kazał zaprowadzić pana i schować w grocie. I żeby pan za nic na świecie nie wychodził, choćby pana wołano po tysiąc razy. Dopiero jak papo albo które z nas przyjdzie po pana.

— Czyż w grocie mnie nie znajdą? — zapytał legionista, a Marta zauważyła, że w tej chwili wyglądał nie jak mężczyzna, a jak chore, zmęczone dziecko.

— W grocie by znaleźli — powiedział Tom — ale jest przecież przekop, a pan go nie zna, bo w ogóle o tym nie wolno mówić. Papo zabronił raz na zawsze.

Weszli do groty.