— O, niech pan patrzy — powiedział Tom — ta płyta się podnosi. Ale, psia kość, czymże ją podniesiemy? — krzyknął nagle.
Nie namyślał się ani sekundy, krzyknął — „za minutę wrócę” — i wyleciał pędem. Gnał galopem, nie dotykając ziemi, aż powietrze świstało mu w uszach, a włosy roztrzęsły się jak kopica siana. Jak huragan wpadł do szopy narzędzi ogrodniczych, porwał dwie łopaty, ku zdumieniu Wincentego, i nie upłynęła minuta, gdy był już z powrotem w grocie.
Wspólnym wysiłkiem podważono płytę i usunięto ją na bok.
— Teraz niech pan zeskoczy w dół — powiedział Tom, gdy odsłoniło się czarne wnętrze. Wcale nie jest wysoko, trochę więcej niż na wysokość człowieka.
Pan Andrzej nie wahał się ani chwili — siadł na krawędzi kamiennej podłogi groty i nogi spuścił w dół. Na chwilę jeszcze podniósł głowę i powiedział z uśmiechem.
— To jest zupełnie jak grób.
— Ale to nie jest grób — żywo krzyknęła Marta — zwyczajny sobie przekop. Tysiąc razy już tam schodziliśmy i wracaliśmy z powrotem. Tam są dwa korytarze, jeden prowadzi do rzeczki, a drugi do zamku Kamienieckiego. Czy pan ma zapałki?
— Nie.
— To ja postaram się panu przynieść. I świecę. Jeśli papo pozwoli. Proszę się nic nie bać, mój drogi panie, my pana na pewno nie damy — zakończyła ze łzami w głosie Marta.
Uśmiechnął się jeszcze raz do niej, powiedział — „do widzenia, moi mili” — i rękami uchwyciwszy krawędzi, spuścił się w dół. Potem ręce puściły krawędź — skoczył.