— Nic się panu nie stało? — krzyknęła razem Marta i Tom19, klęcząc nad brzegiem piwnicy.

— Nic — odpowiedział — bardzo mi tu dobrze.

— Rzucam panu kurtkę Toma, żeby pan miał na czym siedzieć, bo tam wilgotno. Jemu i tak za gorąco. Do widzenia.

Zakryli szczelnie otwór płytą, potem narzucili jeszcze zeschłych liści i piasku, aż wyszli z groty zmęczeni duchowo i jacyś roztrzęsieni.

Wracali powolutku, krok za krokiem, lipową aleją. Rdzawe, zeschłe liście szeleściły jesiennie pod nogami.

W parku było gorąco i cicho. Fioletowe cienie kładły się szerokimi plamami na trawniki i aleje. Zza muru szedł duszny zapach więdnących łodyg chmielu.

— Teraz mi wytłumacz — powiedział Tom — dlaczego musieliśmy to zrobić?

— Bo papo zawołał mię i kazał, żebym ja z którymkolwiek z chłopców natychmiast schowała pana Andrzeja do przekopu i kazała mu tam siedzieć cicho, i ażebyśmy wrócili powoli i spokojnie, nic nikomu nie mówiąc o tym.

— To wiem — powiedział pogardliwie Tom, którego dotknęło „z którymkolwiek z chłopców”, myślał bowiem, że to on, specjalnie, był powołany do spełnienia czynu. — To wiem przecież, ale dlaczego kazał?

— Czy ja wiem? — odparła z zakłopotaniem Marta — może dlatego, że ten oficer... to jest, że tamten mu powiedział... Doprawdy nie mam pojęcia! — wyznała ze wstydem.