Cicho, na palcach przeniesiono wuja Dymitra do pokoju matki i powolusieńku ułożono go na jej łóżku. Na palcach poleciał ojciec do stajni i ostrym szeptem rozesłał posłańców do Hołowina, do Żytomierza, wszędzie, po ratunek. Sam pomagał zaprzęgać konie, w głuchym milczeniu struchlałej służby.
Cichutko wokoło łóżka wuja Dymitra ruszali się matka, doktor, który go przywiózł, ordynans troskliwy jak niańka, a umiejętny i delikatny jak pielęgniarka.
A w gabinecie skostniały z przerażenia, niezauważony przez nikogo we wnęce okna Nik słyszał, a właściwie nie słyszał takiej rozmowy.
Pułkownik zwrócił się do oficerów i ponowił pytanie:
— Kto przechowuje dezerterów?
Wtenczas wysunął się naprzód starszy oficer i w słowach krótkich i zwięzłych opowiedział, co zaszło. Zakończył, że podejrzenia te dotychczas są niczym niepotwierdzone i prawdopodobnie okażą się mylne.
Na co odpowiedział pułkownik, że dobrze, że już teraz wszystko wie i będzie wiedział, jak postąpić i żeby odjeżdżali sobie natychmiast w swoją drogę, bo w tym domu jest żałoba. Żegnają dzielnego żołnierza, który umiera.
Potem przesuwali się po pokoju przed oczami zmartwiałego Nika. Szable i ostrogi leciutko dźwięczały, zamykały się jedne drzwi, a potem drugie, trzecie — cichutko. Potem szmer żwiru pod kopytami stępa idących koni.
Po gabinecie wszerz i wzdłuż spacerował pułkownik, sam.
Robiło się szaro. Nie wiadomo, kiedy wszedł ojciec i zachrypniętym głosem przepraszał pułkownika, że tak długo zostawił go samego.