— To nic, to nic — mówił pułkownik. — Ale ja muszę zaraz jechać. Natychmiast. Chciałem tylko powiedzieć, że Dymitr Aleksandrowicz to bohater, to prawy i szlachetny człowiek. Chciał umrzeć w domu, tutaj. Dlatego mimo wszystko przywiozłem go. Po drodze, ja jadę do Kijowa. Ofensywa, pan wie? Ale nie o to! Dla mnie Dymitr to syn. Najdroższy syn... a teraz muszę się z nim pożegnać!

Urwał. Stał chwilę nieruchomo, jak gdyby nagle zapomniał o wszystkim.

Powtórzył:

— Muszę się z nim pożegnać, a jedyna pociecha, Auguście Aleksandrowiczu, to... że dla ojczyzny.

— Nie dla naszej — powiedział twardo ojciec.

— Ach tak, prawda! — zawstydził się pułkownik. — Ale zresztą któż to wie? — dokończył. — Może dla waszej? Może właśnie dla waszej!

— Przyszłość jest w ręku Boga, który widzi naszą krew — powiedział ojciec.

Pułkownik poprosił miękko:

— Czy mogę się z nim pożegnać?

Wyszli z pokoju, a Nik ruszył się nareszcie spod okna, tak śmiertelnie znużony, jak gdyby ciężką przed chwilą odbył pracę.