Nad brzegiem jeziora zatrzymali się i dłuższą chwilę nasłuchiwali — cisza była zupełna. Woda stała nieruchoma i głęboko czarna.
Z tego miejsca dopiero nawrócili w park, do groty.
Podnieśli płytę i klękli na krawędzi otworu.
— Panie Andrzeju — zawołał ojciec szeptem.
— Jestem — odpowiedział głos z głębi.
— Dobrze. Nie może pan jeszcze niestety wyjść z lochu, bo we dworze są żołnierze, pozostawieni dla schwytania pana. Poza tym inni szukają pana po okolicy. Może więc dłużej wypadnie panu tu posiedzieć.
Tu ojciec urwał i czekał chwilę.
— Jeśli trzeba, to trudno — odpowiedział głos, ten dziwny głos, który zdawał się nie posiadać właściciela. Ojciec ciągnął dalej.
— Potem obmyślimy sposób przemycenia pana do Szwajcarii, bo jednak będzie pan musiał tam uciec, nie ma rady. Teraz trzeba przeczekać niebezpieczeństwo i zresztą... straciliśmy wszyscy głowę: przywieźli Dymitra rannego.
— Aa...