— Rannego ciężko. Mimo to pojadę jutro do Hołowina, by naradzić się z mym szwagrem w pana sprawie. Teraz przynieśliśmy panu koc, burkę i jedzenie. Jutro przyniesiemy znowu. Nie będzie panu bardzo wygodnie spać na ziemi, ale trudno, pan żołnierz.

— Tak — odpowiedział pan Andrzej — nieraz sypiałem na gołej ziemi.

— Więc dobrze, teraz zapalam lampkę elektryczną, i rzucam panu nasz ładunek.

Wnętrze lochu nagle rozświetliło się ostrym światłem. Pan Andrzej na chwilę zamknął oczy. Potem rzucano mu kolejno wszystkie rzeczy, które układał w głębi.

— A teraz proszę uważać — powiedział ojciec — rzucam panu latarkę i dwie baterie, na razie więcej nie mam, proszę więc oszczędzać światła. A przede wszystkim po nakryciu płyty muszę skontrolować, czy światło nie sączy się przez szpary. Już idziemy.

— Zaraz — powstrzymał go jeszcze pan Andrzej. — Czy wyloty korytarzy są otwarte?

— Ale nie, cóż znowu — zaprzeczył ojciec. — Jeden kazałem zamurować zaraz, gdyśmy ten przekop odkryli. Drugi tajemnie się zamyka w ruinach zamku kamienieckiego, które pan zna. Ani z jednej więc, ani z drugiej strony nic panu nie grozi.

— Dziękuję panu. Jeszcze jedno. Chciałbym wiedzieć, czy rana pana Dymitra jest bardzo ciężka?

— Tak — odpowiedział ojciec krótko.

Gdy mieli zasuwać płytę, Olek zapytał jeszcze pana Andrzeja, czy nie przynieść mu nazajutrz broni.