Leciutko siadła na brzeżku kołdry — wiedziała, że nie wolno, ale cóż zrobić! Czasem się musi zrobić coś, czego nie wolno. Nie ma na to rady!
Deszcz bił o szyby miarowo i sennie. W szerokiej szparze między zasłonami okna widniał kawałek parku, wąski, daleki kawałek, ten za parterem kwiatowym, znad jeziora. Strumienie zalewały szybę, więc właściwie widać było tylko długie smugi zieleni, czerwieni i złota.
Ania końcami palców dotknęła ręki wuja Dymitra. Potem nagle przypomniała sobie pewną ilustrację z bajek. Leżała tam zaklęta królewna w niebieskiej, atłasowej sukni na złocistym łożu, a u stóp jej klęczał królewicz w obcisłym ubraniu i właśnie miał za chwilę ją pocałować, żeby zdjąć z niej zaklęcie i zbudzić do życia. Anię irytowało zawsze, że w bajce było napisane, że najpierw ją pocałował, a potem ukląkł. A tutaj już klęczał, a ona ciągle jeszcze spała. Więc właściwie z tego by wynikało, że w ogóle wcale mu się nie udało z tym pocałunkiem.
Ania zsunęła się na dywanik i pocałowała wuja Misia w rękę. Nie spojrzał na nią. Leżał dalej tak jak przedtem. Widać i jej się nie udało.
Została już na dywaniku i zapatrzyła się w ten wąski kawałeczek odsłoniętego okna.
A potem nagle zobaczyła, że ręka wuja Misia porusza się na kołdrze. Palce się podwijają lekko i powoli.
Ania spojrzała na wuja Misia — patrzał na nią.
Bardzo długo nic nie mówili do siebie, przyglądając się sobie uważnie.
W końcu wuj Miś powiedział dosyć cicho:
— Czy ci nie zimno?