— Ach, nie jestem?
— Nie. Ale właśnie ta krew. Cały automobil był zalany. Tak się lało jak z rynny, chlup, chlup... z tej ręki. Gdyby właśnie nie to, to nie byłoby tego wszystkiego.
— Czego „wszystkiego”? — zapytał.
— No... tego — urwała Ania. — Ale i tak teraz już wujaszek nie umrze — dokończyła spokojnie.
— Phi... czy ja wiem — powiedział wuj Miś.
— Na pewno — wygłosiła Ania z całą stanowczością.
Rozdział XV. Jak wuj Dymitr legionistę przemienił w panienkę
Ojciec z wujem Ryszardem, w czasie długiej i burzliwej narady odbytej w Hołowinie nad losami pana Andrzeja, właściwie nic nie wymyślili. Tyle tylko, że musi jeszcze czas jakiś przeczekać w Niżpolu, a potem uciec do Szwajcarii. Ale w jaki sposób, Bóg to raczy wiedzieć.
Przy tej okazji pokłócili się nawet trochę, bo wuj Ryszard twierdził, że cały ten czas legionista musi przesiedzieć w przekopie, a ojciec dowodził, że niepodobna go trzymać dłużej w wilgotnej piwnicy, zwłaszcza że czyniła się już dotkliwa jesień. Ojciec postanowił tedy zabrać go do domu i ukryć w mansardowym pokoiku na strychu.
— Jeśli wam przy tej okazji spalą Niżpol, a ciebie powieszą, to proszę cię, nie miej do mnie żalu — mówił wuj Ryszard.