Wypadek ten ogromnie nadwyrężył jego wiarę we własne siły. Po prostu obraził się na siebie, stracił zaufanie. Leżał już potem nadęty i gniewny, a wieczorem powiedział do szwagra.

— To jest proste świństwo. Nikt już teraz nie mdleje, to wcale nie jest w modzie!

Ojciec mu odpowiedział, że powinien się cieszyć, że z takiej wojennej przygody wykręcił się kilkoma tygodniami łóżka. A on jeszcze klnie, także sposób!

— Wszystko jedno — uparł się wuj Dymitr — to jest świństwo i nic więcej.

A potem ze złości zasnął.

Dopiero gdy wzmocnił się tak, że mógł już siadać w fotelu, ojciec i wuj Ryszard zdecydowali się zasięgnąć jego rady w sprawie pana Andrzeja. Przyszli do niego zaraz po obiedzie, tego właśnie dnia, gdy spadł pierwszy śnieg.

Wuj Miś siedział pod oknem i rozmawiał z Olkiem i Nikiem o ich szkolnych sprawach.

— Czy czujesz się na siłach, Dymitrze, porozmawiać z nami o pewnej ważnej kwestii? — zapytał wuj Ryszard.

— Ba! — odpowiedział — jeśli tylko nie chodzi o proroctwa na temat wojny ani o kwadraturę koła...

— Coś w tym rodzaju — rzekł ojciec — chodzi o sposób przemycenia pana Andrzeja poza granicę Rosji.