— Zwariowałeś chłopcze! — krzyknął ojciec. — Ledwie się na nogach trzyma, kaszle jak suchotnik i już usiedzieć spokojnie na miejscu nie może! Nie zapominaj przy tym, że to ty go wiozłeś wówczas, gdy zbiegł. Dość tego, że raz jeden nazwisko twoje jest związane z jego aferą. Nie możesz się więcej kompromitować. I tak się dziwię, że dotychczas nie skombinowali, jak dziwnie się zbiega fakt jego pobytu w „twoim” domu z jego ucieczką z „twojego” auta.

— Gdybyś wiedział, mój drogi, jaki teraz wszędzie „bałagan” i chaos, nie dziwiłbyś się niczemu. Myślisz, że na przykład w danej chwili ktokolwiek jeszcze pamięta o istnieniu, ucieczce i wykryciu tutaj legionisty? Ani mowy! Przecież wiem dobrze, co się teraz dzieje we wszystkich urzędach zarówno wojskowych, jak i cywilnych! Jedyna rzecz, jaka teraz może panu Andrzejowi grozić, to osobiste rozpoznanie go przez kogoś, komu się jeszcze w dodatku zechce tą sprawą zainteresować. To, co się właśnie tutaj tak nieszczęśliwie przydarzyło, z tym matołkowatym oficerem. Ale już drugi raz błędu takiego nie popełnimy. Od czegóż jest szminka i peruki? W ogóle nawet nie rozumiem, dlaczego on tu u was spacerował z tą swoją wygoloną twarzą, którą każdy może poznać? Niech zapuści wąsy, brodę...

— Ba! — powiedział ojciec. — Trafiasz w miejsce bolesne. Ten smarkacz daremnie skrobie podbródek scyzorykiem! Ani śladu zarostu!

— Psia kość, że też nasza Szwajcarka, mademoiselle Lucette, która umarła w roku zeszłym, nie była mężczyzną! Prawdziwy pech. Wszystkie jej papiery mam u siebie! — powiedział wuj Ryszard.

Wuj Dymitr wyprostował się nagle w fotelu i ręką uderzył po poręczy.

— Ależ to tym lepiej! Tym lepiej! — wykrzyknął. — Czyż może być doskonalsza mademoiselle Lucette od naszego legionisty!

Ojciec i wuj Ryszard popatrzeli na siebie ze zgrozą.

— Czy ty Dymitrze w ogóle masz źle w głowie... — zaczął z oburzeniem wuj Ryszard, ale młodszy brat wcale go nie słuchał. Ożywiony i roześmiany mówił z zapałem:

— Tylko go sobie wyobraźcie w sukni kobiecej. Mały, zgrabny, twarzyczka delikatna, nosek niemowlęcy, biały i różowy! Słowo daję, gotów jestem zakochać się od pierwszego wejrzenia! Głowę mu ufarbować na złoto i zondulować, brwi przystrzyc, usta wykarminować i niech mnie kule biją, jeśli nie wzruszy każdego urzędnika na każdej granicy. Przy tym po francusku i niemiecku mówi doskonale. Nie! Na Boga, marzyć nie można było o pomyślniejszym zbiegu okoliczności. Prawdziwa łaska Boska na nas spłynęła.

— W istocie, to zdaje się możliwa kombinacja — powiedział w zamyśleniu ojciec, podczas gdy Olek i Nik w głębi pokoju tarzali się na kanapie z uciechy.