Dusze ich już były zupełnie świąteczne, a policzki i nosy rumieniły się od mrozu.
Małe saneczki „kozyrki” mknęły po wyślizganej drodze, a rosła, śmigła klacz rwała naprzód, parskając, hamowana umiejętną dłonią Olka.
Chciało się krzyczeć ze szczęścia i pędzić głos radosny daleko, po polach zasłanych białym śniegiem.
Szczególna radość i duma rozpierały serce Olka. W kieszeni kurtki na piersiach wiózł do domu cenzurę tak chwalebną, jakiej się z niepokojem, choć wiarą spodziewał. Była doskonała i zaszczytna. Czuł się więc oto nie tylko najlepszym uczniem w klasie, ale i tej klasy duchowym przywódcą i zwierzchnikiem. On, dobry kolega, prawy człowiek, zdolny i sumienny uczeń, niezawodny przyjaciel!
Nik nie mógł się pochwalić podobnymi triumfami na polu naukowym. Nie same piątki i czwórki figurowały na jego dokumencie. Były tam też pewne zastrzeżenia co do pilności i uwagi, toteż siedział cokolwiek nadęty, z nosem schowanym w futro kołnierza.
— Ty Nik, o co będziesz prosił ojca na święta? — zapytał Olek, powstrzymując nieco klacz, by móc swobodnie porozmawiać o ważnej kwestii.
— O nic — odpowiedział szorstko Nik.
Było od dawna ustalonym zwyczajem, że chłopcy, o ile sumiennie przeszli kwartał naukowy, sami wypowiadali ojcu swoje świąteczne pragnienia.
— No! Ja sądzę, że mógłbyś — powiedział łaskawie Olek — cenzurę masz wcale przyzwoitą. Ani jednej dwói.
— Mógłbym, ale nie chcę — powiedział dumnie Nik.