— A ja owszem — rzekł powoli Olek. — I wiesz, o co prosić będę? O... — tu Olek zrobił efektowną pauzę — o... odwiezienie wuja Misia wraz z mamą do Helsingforsu.
Nik poruszył się niespokojnie i wysunął brodę z futra. Nagle szarpnęła nim rozpacz, iż tak lekkomyślnie wyraził wspaniałą gotowość zrzeczenia się przywileju na korzyść ambicji. Przez chwilę zawrzała w jego sercu walka. Cofnąć się czy nie cofnąć? Ostatecznie tylko Olek słyszał to fatalne „o nic!”. Zaraz jednak powróciło mu zawsze czynne poczucie sprawiedliwości.
„Nie zasłużyłem na to, by móc o coś prosić na święta” — powiedział sobie, ale żeby się pokrzepić na duchu wyraził nadzieję, że:
— Pewnie ojciec i tak się nie zgodzi!
— Dlaczego? — zaprotestował Olek. — Tak dawno nie jeździliśmy nigdzie, tyle lat już siedzimy kamieniem w domu, że powinien!
— Ja bym się nie zgodził — stanowczo zadecydował Nik, lecz mimo tej nadziei z zupełnym przygnębieniem wsunął nos w futro.
Wpadli do wsi. Wesołe i ożywione psy wybiegały z opłotków i szczekając zajadle, a z przekonaniem, rzucały się pod nogi klaczy. Baby z wysoko podwiniętymi rękawami koszul myły w podwórzach niecki i makutry25 i zawieszały na płotach świeżo wytrzepane pierzyny, zatrzymując się na chwilę, aby przyjaznym uśmiechem witać kłaniających się paniczów. Dzieci przedświątecznie ożywione i upaprane kopały się w śniegu, napełniając powietrze wysokim dźwiękiem śmiechu.
Na drzewach parku leżała ciężka okiść, przyginając ku ziemi srebrzyste gałęzie.
Rozdział XVI. O św. Mikołaju, o szyszkach i o wartości życia
W świętego Mikołaja wierzyła już naturalnie tylko Ania, ale i ona miała co do jego ucieleśnienia tu, na ziemi, poważne wątpliwości.