Nik natychmiast ruszył w tłum i wyłowił wuja Dymitra w kącie, między świniarkiem a pastuchem.

Nie od razu zgodził się wyjść. Jeszcze chwilę spacerował między dziećmi, śmiejąc się do nich i zagadując, aż w końcu wyszedł niechętnie, rzucając siostrze pełne wyrzutów spojrzenia.

Za nim wysunął się Nik — nieodstępny towarzysz.

Naprzeciw oficyny wszystkie okna domu były oświetlone, a śnieg przed nimi błyszczał jasnymi kwadratami. Powietrze zupełnie było ciche i przejrzyste, a park stał nieruchomy i wyniosły.

Wuj Dymitr i Nik poszli sobie wyślizganą, gładką drogą, między zwałami śniegu, ku bramie. Była szeroko otwarta i świątecznie oświetlona.

— Nie masz pojęcia, jak ja strasznie nie chcę jechać — powiedział wuj Dymitr cicho. Pierwszy raz to mówił. Dotychczas zdawało się, że owszem, bardzo chce.

— Nigdzie na świecie nie jest tak ładnie — dodał jeszcze.

Nik zgadzał się z tym w gruncie rzeczy, ale wiedział, że to przecież nieprawda!

— W Indiach pewnie ładniej — rzekł z wahaniem.

— Nie — zaprzeczył wuj Miś.