— No, ale w Ameryce południowej.
— Także nie — powiedział cicho, ale nieodwołalnie wuj Miś.
— To po co wujaszek wszędzie tam jeździł? — z triumfem zapytał Nik.
— Czy ja wiem? — odparł — żeby się przekonać może. Ja zresztą zawsze chcę być tam, gdzie mnie nie ma — dokończył tak jakoś boleśnie, że Nik nie pytał więcej.
W sali jadalnej było tak jasno, że gdy się tam wchodziło z mrocznej sieni, trzeba było oczy mrużyć. Bo oprócz tego, że wszystkie lampy były zapalone, a na stole płonęły kandelabry, sztywne, białe i ceremonialne, jeszcze każda rzecz w pokoju zdawała się błyszczeć swoim własnym światłem. Mosiężne klamki u drzwi i posadzka, po której cały ranek ślizgali się na suknach Filipek z Hawryłkiem, zamieniając to odpowiedzialne zajęcie w zabawę, ku niechętnemu zgorszeniu Łukasza. Błyszczały czarne boazerie na suficie i bariery płonącego kominka. Kryształy i srebra na stole, i klamry na kozackich pasach lokajczuków. Nawet nogi chłopców w odświętnych lakierkach błyszczały na „własną rękę”, już nie mówiąc o rękach matki i cioci Halszki, pełnych migocących kamieni. Można było śmiało twierdzić, że jest to uczta świateł.
Nik siedział obok wuja Dymitra, a z drugiej jego strony Nata. Posłyszał, jak mówiła:
— I ja odwiozę wuja do Helsingforsu.
— To twój święty obowiązek — odpowiedział, śmiejąc się.
Ale Nata się nie śmiała.
— Przywiozłam ze sobą rzeczy, malutki kufereczek — powiedziała poważnie. — Już mówiłam z ciocią i zgodziła się. Mademoiselle Lucette to przecież moja opiekunka, więc ja, jako kochająca wychowanka...