— A cóż twoi rodzice na to?
— Zgodzili się. Przecież to kwestia jednego tygodnia razem wziąwszy. Wyprawimy wujaszka i wrócimy spokojnie do domu.
— Tak, spokojnie...
— Właśnie — powiedziała Nata i oparła się o poręcz krzesła.
A potem ojciec wstał od stołu i wyszedł, a po chwili w salonie zabrzmiał dzwonek i drzwi się szeroko rozwarły, a z salonu napłynęła nowa jasność. To choinka ogromna i strzelista świeciła oślepiająco i odbijała się w posadzce jak fontanna płomieni.
Nik jednak nie miał najmniejszej ochoty do szukania swoich prezentów pod choinką. Wszystko nagle wydało mu się jakieś nierzeczywiste. Ta choinka i salon, te suknie białe, różowe, lśniące. I on sam, odbity w lustrach salonu, smukły chłopiec w marynarskim ubraniu. On czy nie on? Chyba ktoś obcy. Wydało mu się w tym morzu świateł, że wszystko odpływa od niego i roztapia się jak śnieg w słońcu.
— Mógłbym ci dać cztery książki za twój flower, chcesz? — zapytał go z boku Tom.
— Cóż znowu! — żachnął się Nik. — Także koncept! Oddaj zaraz.
— Bo mówiłeś przecie, że nigdy nie będziesz polował — rzekł z godnością Tomek.
— Tak, ale po co się wtrącasz w nie swoje sprawy? — i Nik wziął w drżące z radości ręce nowy, błyszczący flower, dar wuja Dymitra.