Ale w jakiejś chwili zobaczył, że wuj z Olkiem wysuwają się cichaczem z salonu. Przewiesił więc broń przez ramię i ruszył za nimi.

Szli na górę, do pana Andrzeja. W korytarzu i na schodach pusto. Służba jadła właśnie wieczerzę. Na strychu świeciły ostro kwadraciki okien, przez które padał księżyc.

— Niewesołe ma pan święta — powiedział wuj Dymitr, siadając przy panu Andrzeju na łóżku.

— Są tacy, którzy mają gorsze — odrzekł spokojnie.

— Tak! Ci w okopach na przykład albo bezdomni... A pojutrze już jedziemy w świat.

— Prawie nie mam odwagi tak bardzo pana narażać — wyszeptał legionista.

Wuj Dymitr roześmiał się cicho — powiedział, że życie tyle ma tylko wartości, ile się go naraża.

Do pokoju wsunęła się potem matka. Na sukni miała narzuconą futrzaną pelerynę. Podzieliła się opłatkiem z panem Andrzejem i ucałowała go w głowę. Siadła na brzeżku skrzyni, w świetle księżyca i podała panu Andrzejowi pudło bakalii, które musiał zaraz jeść, choć prawdopodobnie łykał je razem ze łzami. Kiedy już zdołał przełknąć cztery figi, humor poprawił mu się na tyle, że ciężko westchnął i chciał coś mówić o wdzięczności. Ale wuj Dymitr, który spostrzegł, na co się zanosi, nie dał mu przyjść do słowa. Przywołał wszystkich do okrągłego okna mansardy i kazał im chwilę cicho patrzeć.

Niżpol tonący w świetle księżyca i śniegu, zaciszny i przeogromny, najrodzeńszy Niżpol — kawałek duszy własnej i serca treść najżywsza — roztoczył się przed ich oczami.

Rozdział XVII