Ale Ty, Panie, który z wysokości —

patrzysz, jak giną Oyczyzny Obrońce.

O szóstej rano, kiedy nieprzenikniony mrok pokrywał ziemię, sprowadził ojciec pana Andrzeja omackiem po schodach i zawiódł go aż na koniec parku. Tam kazał mu się ukryć w małej, zawianej śniegiem kapliczce, między rzeźbionymi w drzewie świątkami o boleśnie powykrzywianych członkach. Potem wrócił do domu. Już zaczynano wstawać, bo pociąg odchodził 8.10 z dworca żytomierskiego.

W sieni Łukasz zapalał latarnię, a w piecach trzaskał ogień, kładąc na podłogę długie smugi czerwonego światła. Ojciec powiedział Łukaszowi, by kazał również zaprząc do jego małych, jednokonnych saneczek: „Odprowadzę panie kawałek drogi” — wyjaśnił mimochodem.

Zupełnie było jeszcze ciemno, kiedy siadano do sani. Do jednych matka z Natą i Olkiem, do drugich wuj Dymitr z Nikiem. Ojciec nakładał jeszcze w gabinecie papierosa do cygarniczki — powiedział, że natychmiast ich dogoni — żeby jechali.

Ale ani myślał gonić, chodziło mu tylko o to, by wobec służby wszystko układało się zupełnie naturalnie.

— Może by, proszę pana, ktoś pojechał z panem? — powiedział Łukasz. — Czy to przyjemnie samemu po ciemku powozić?

Ojciec jednak powiedział, że nie trzeba i pojechał oczywiście sam. Za bramą nawrócił wzdłuż parku i stanął pod parkanem, naprzeciw kapliczki. Zagwizdał w umówiony sposób i wtenczas przez parkan zaczęła przełazić zgrabna, wysoka panna w małpim futerku i brązowej czapeczce, spod której wymykały się złote, utlenione loki.

— Bardzo z pana przystojna panienka — zaśmiał się ojciec i zapiąwszy baranicę na nogach, pognał rysaka.

Dopiero pod samą stacją, w zacisznej, ciemnej uliczce wysiadł pan Andrzej i z walizką w ręku poszedł piechotą. Ojciec zaś sam podjechał pod gmach dworca.