— Jezus Maria — przeżegnała się Marta.
Znowu wszyscy umilkli, nagle Renia wstała energicznie.
— Chodźmy zobaczyć miejsce — rzekła stanowczo.
— Renuś, nie idziemy, ja nie chcę! — jęknął Ali głosem zrozpaczonego pieska.
— Nie bądź tchórzem, Ali. Weź mnie za rękę. Chodźmy!
Wszyscy wstali posłusznie i poszli. Rena z Nikiem i Olkiem naprzód, z tyłu Marta z Tomem i Alim, który ją ściskał mocno.
— U nas w sali balowej, wiesz? — rzekła Renia — czasem coś się pokazuje, mówił mi Sylwester, a czasem w kaplicy o północy.
— Czemuś nigdy nie mówiła?
— Bo papo zabronił. Mówił, że to są głupstwa, w które nie trzeba wierzyć, ani ich powtarzać.
Grota znajdowała się prawie na końcu parku, między gęstymi krzakami dzikiego bzu, leszczyny, głogu... Ongiś była może piękna, czysta, oświetlana, może w niej były ławeczki, figury. Dziś zapadała się sobie w ziemię, w całkowitym zaniedbaniu. Z wierzchu porastały ją mech i trawa, omotywały gałęzie krzaków i zwoje pnączy, przygniatały konary drzew. Wewnątrz gniły nawiane wiatrem liście, porastał grzyb i mech. Wiele kamieni poodrywało się od ścian sklepienia i leżało sennie na podłodze, której każda płyta kamienna powykrzywiała się w inną stronę.