— Tom siedzi na bramie — Rena spojrzała bystro.

— Prędzej Marta — odparła — czerwona sukienka.

— Nie, Tom! — uparł się Ali. — On ma także czerwone ubranie.

— Może być — zgodziła się Rena, dostrzegłszy już krótką czuprynkę Toma.

Tom zaś od rana na bramie sprawował czaty. Miał rozkaz uprzedzenia o przyjeździe oczekiwanych gości. Nim się jednak opatrzył i zwindował ze szczytu bramy, już kuce hołowińskie zadudniły na mostku.

— Jak się masz! — krzyknęła mu w przejeździe Rena, nie zatrzymując kuców.

Tom stropił się tym bardzo, myślał bowiem, że wezmą go z sobą, wobec jednak ważności chwili odłożył urazę na inny dzień i puścił się galopem śladami wózka.

Kiedy dopadł pod filary, już całe grono dzieci debatowało smutnie nad uczynionym przez wuja zawodem. Zeszli wszyscy aż do parteru kwiatowego, aby nie być słyszanymi przez opiekunkę i tam Rena rzekła:

— Ja się zdecydowałam. Ponieważ papa nie przyjechał, musimy pójść sami. Nie można z tym dłużej czekać!

— Nie można! — odpowiedziało chórem pięć głosów.