— Wezwać marszałków czuwających nad żywnością! — rozkazał król.
I znów cisza zaległa.
— Moi im nie użyczą i wozów z żywnością nie przepuszczą — ozwał się Witold. — Wycieńczeni biegunką sobie by ostawili — mruknął jakby do siebie.
— Kogo najmiłościwszy pan do układów z Zakonem przeznacza? — zapytał kasztelan.
— Czterech jeno ów Krzyżak wymienił, a pewnie i sam będzie, i szósty się znajdzie, nam tyleż osób postawić trzeba — mówił król. — Więc ty, bracie, obok mnie — zwrócił się do Witolda. — Ty, mości kasztelanie, jako nasz główny doradca, a dalej ci, co najwięcej do zwycięstwa się przyczynili. — I zmarszczywszy brwi, chwilkę się zastanowił, a potem mówił zastanawiając się nad każdym: — Zyndram z Maszkowic. Zawisza Czarny Sulimczyk. Florian Jelitczyk. Dzielny Farurej, a też i Habdank Skarbek. Ba, i Jan Nałęcz. Dobrze by i Lisa z Targowiska, i wielu innych, aleć trudno wszystkich tych dzielnych rycerzy... Ba, a przede wszystkim Ziemka i Kazimierza, książąt mazowieckich.
— Jest już dziesięciu — ozwał się Zbyszko, który z rozkazu króla wymienionych spisywał.
— Farurej, Skarbek i Jaśko Nałęcz z rozkazu najmiłościwszego pana zostali w zajętych grodach, a Florian Jelitczyk w pięćdziesiąt człeka odstawił do granicy uwolnione branki krzyżackie. Bo to i sam, jako wielce poturbowany, potrzebował wypoczynku — mówił kasztelan.
— To iluż tam? — spytał król.
— Sześciu ostało — odrzekł Zbyszko, policzywszy.
A oto weszli właśnie wołani oboźni, a król dawał osobiście rozkazy, żeby rozstawili straże i dawali baczenie, iżby z tymi, co mają szczególne pozwolenie, żaden wóz z żywnością za mury Malborka się nie dostał, a też i konie żeby nie były objuczone.