— Baczyć, żeby bodaj ptak w dziobie żywności im nie doniósł — dodał żartobliwie.
Słuchający pilnie rozkazów urzędnicy skłonili się i odeszli, a i Witold, i kasztelan krakowski po zamienieniu jeszcze kilku wyrazów namiot opuścili.
Tymczasem wieść o zawieszeniu broni w mig się po obozach rozeszła. Jednym sprawiła radość, drudzy sarkać zaczęli.
— Walić mury, to walić! — wołano.
— Człek odwyknie od tej psiej roboty, potem mu gorzej będzie — mówili niezadowoleni.
— Znać głód im po kiszkach harce wyprawia, kiedy się tak upokorzyli — mówili inni.
— Żeby aby od murów nie nakazano odwrotu! — rzucił Półkozic.
— Ee? — pytano na wszystkie strony.
— Odstąpić, to i odstąpić — westchnął ktoś, któremu nagle zapachniał dym z własnego komina i rzechotanie dzieci w uszach zagrało.
— Co, odstąpić?! — zawołał Półkozic. — Odstąpić nie zajrzawszy do wnętrza zamku, nie dowiedziawszy się, co te niemieckie bestie pod koniec żarły, nie przyjrzeć się, jak im brzuszyska opadły?!