Zaśmiano się, ale nikt nie dołożył konceptu, bo oto zgoła nowy widok oczom ich się przedstawił. Z dala zjeżdżały poczty niemieckie jeden po drugim i jeden po drugim meldowali się odstawionym ku temu wartom. Te, obejrzawszy od stóp do głów każdego, przepuszczały przez obóz. Odprowadzali ich nawet do murów klasztornych, bacząc pilnie, żeby jaki wóz albo i juki na koniach nie przedostały się za mury. Więc owym przyjezdnym nie dziwowano by się wielce, bo wieść o mających przybyć do zamku rycerzach i o bezpieczeństwie, jakim byli z rozkazu króla otoczeni w przejściu przez nasze obozy, wszystkim była wiadoma. Nie dziwowano by się więc, ale...
Rycerze owi byli tak dziwnie opaśli, a poczet nie ustępował im w niczym, iż można się było dziwić, skąd się wzięło tylu ludzi tak nadzwyczajnej tuszy.
— Niczym karmne woły — mówił spluwając Półkozic.
— Nie wieda, czy przez cały dzień jeden koń podoła takiego nosić — mówiono.
— Spadnie z nich to cielsko, spadnie!
— Zostaną jak patyki na wikcie zamkowym! — śmiano się dokoła.
Wtem ozwało się gwałtowne szczekanie i nie wiedzieć skąd, moc psów poczęła lecieć za onymi Niemcami. Szczekały, ujadały, rzucały się do koni, robiąc taki harmider, że w najdalszych zakątkach wszystkich obozowisk się rozlegało.
— Psy takich grubych jeszcze nie widziały. Myślą, że wieprze, i chcą napocząć! — dowcipkowano.
Lecz ta nadzwyczajna psia muzyka wywołała ciekawych z najdalszych nawet obozowisk. Kto jeno żył, a ruszać się mógł, nawet chorzy się wychylili. Przybieżał też Jakub, były knecht krzyżacki, który od chwili jak go odstawiono do obsługi owych piekielnych maszyn, tak się w nich rozmiłował, że go oderwać od nich nie można było. Każde kółko, każdą śrubkę w nich oglądał, a czyścił, a smarował, że świeciły się nawet w ciemności. Ale teraz ujadanie psów i jego wywabiło. Biegł w stronę, w której ten hałas się rozlegał, przybieżał też zdyszany, kiedy już ostatnie poczty w rozwartą bramę zamku wjeżdżały.
— Przypatrz się! — zawołał ktoś, wskazując grubasów.