— Bójcie się Boga, toć każdy z nich okręcony kilkakrotnie kiełbasą, a bodaj i połcie słoniny, i mięsa na sobie wiozą! — zawołał z przerażeniem.
— Co ty gadasz?! — ozwano się na wszystkie strony.
— To, co słyszycie! Małom się napatrzył, jak wyjeżdżali z zamku?! — Niejednemu sam musiałem pomagać do wtłoczenia się w odzienie albo i w zbroję, gdy się cały mięsiwem obłożył — dodał.
— To ci juchy!
— To psubraty!
— Ba, Niemiec przemyślny.
— Na żarcie też łasy.
— Obawiali się głodu, to się zaopatrzyli! — wołano.
— Każdemu bodaj na dwie niedziele starczy — mruknął Jakub.
I zgnębiony odszedł do swoich maszyn. Lecz nie zdołał jeszcze zabrać się do nich, gdy go wezwano do króla. Wieść bowiem, jak wieść, leci prędzej niż błyskawica, a że król jegomość, zdziwiony nadzwyczajnym psów szczekaniem, wysłał na zwiady, przyniesiono mu więc i ozwanie się młodego puszkarza.