Chciał nawet przywołać straże, które wpuszczały przybyłych, i dać im surowe napomnienie albo i ukarać, ale w czas sobie przypomniał, że nie dawał polecenia, żeby baczyli na rycerzy, jeno na konie, czy juk nie wiozą, i sam sobie winę musiał przypisać.
— Źle się stało — szepnął — ale któż się mógł takiego podstępu i chytrości spodziewać?
Zgryzło go to jednak niemało.
„Będą nam jeszcze urągali” — mówił w sobie. I trzaskając palcami, chodził po namiocie wielce markotny.
A Witold dowiedziawszy się o wszystkim, zaklął siarczyście, a potem urągliwie się uśmiechnął, dodając w myśli:
„Zawsze to nieoględność i nieumiejętność przy dawaniu rozkazów”.
A w obozie rosła bajka coraz potworniejsza o owych kiełbasach, śmiano się, dowcipkowano i dodawano:
— Jeno psy zwęszyły.
Matka i córka
Florian Jelitczyk z Korytnicy, odprowadziwszy do samego Niemna owo stadko gołębic, rzekł: