A że w nieszczęściu każdy chwyta choćby niteczkę nadziei, więc i Skruzda powtarzała sobie:

— Peleda nie na próżno mądrego ptaka imię nosi, może jej co duchy nocne objawiły?

Z początku wychodziła na szeroką drogę, patrzyła, czy gdzie utracone dziecko się nie ukaże, to znów razem z Peledą szły w głąb lasu, szukały w zaroślach, a Geradajosowa mówiła:

— Żebyć ją ostawili, a zwierz poszarpał, toćby choć szmateczki ostały.

A jako zaraz po zniknięciu dziecka czyniła owe poszukiwania, tak niepomna lat, które biegły, czyniła to, ile razy ból więcej w jej sercu wzbierał.

— Gdybyć ją śmierć zabrała, nie tyle by mi serce pękało. Miałabym chocia mogiłkę i kosteczki jej użyźniłyby ziemię, a duszyczka byłaby z nami i w każdej jagódce co wiosnę by się odrodziła — żaliła się nieszczęśliwa matka.

— Nie płaczcie, kiej nie zmarła, toć ona z nami przebywa, a także i wrócić może — pocieszała po swojemu Peleda.

— Wiesz? Duchy ci mówiły?

— Nie mówiły, aleć one wiedzą — odparła stara.

— Krzyżacy ją zabrali... Co oni z niej zrobią? Choćby wróciła, nie będzie już tą samą, nie będzie nasza — wzdychała matka.