Teraz gdy się rozeszła wieść o wracających brankach, Geradajosowej nie można było utrzymać w domu. Wybiegała o świcie i do późnej nocy błąkała się wypatrując ukochanej córki.

Pewnego dnia znużoną i spłakaną przyniesiono do domu. Leżała bez ruchu, bez skargi, przyjmowała wszelkie starania, nie mówiąc i słowa, nie odpowiadając na pytania, z oczyma skierowanymi na drzwi, jakby spodziewała się wejścia ukochanego dziecięcia.

Tak przeszło niedziel kilka.

Peleda nie odstępowała prawie swej pani, pozwalając jeno od czasu do czasu wejść dwom jeszcze zaufanym służebnym i przez nie na chwilę się zastąpić. Aż pewnego dnia, gdy słonko wrześniowe kryć się już za las poczęło chora zerwała się nagle, wołając:

— Jadą!

I nim Peleda opatrzeć się zdołała, Geradajosowa wyskoczyła z łóżka i ku drzwiom się skierowała.

Peleda już od niejakiego czasu słyszała jakieś przyciszone gwary koło domostwa, nie szła jednak dowiedzieć się, co by to było, nie chcąc przerywać spokoju swej pani, która, jak zwykle, z zamkniętymi oczyma leżała. Teraz, widząc ją biegnącą, zarzuciła na nią futrzaną jubkę i wraz z nią wybiegła. W tejże chwili właśnie zajechał wóz i towarzyszący mu jezdni. Otoczyli go słudzy, pomagając wysiąść dwom małym, a trzeciej wysokiej, doskonale rozrosłej dziewczynie.

Geradajosowa spojrzała obojętnie na dwie małe, a onej dorosłej rzuciła się z krzykiem na szyję.

— Uaga, Uaga! Córko moja!

Geradajos, zsiadłszy z konia, poglądał na to powitanie, a nie przerywając uścisków, ukradkiem łzy cisnące się do oczu ocierał, mówiąc: