Florian Jelitczyk, zawróciwszy od Niemna, chciałby był lotem ptaka dostać się do obozowisk pod Malbork. Cniło mu się bez bitwy i wiadomości, co tam robią.

— Może już są za murami? — mówił do swoich przybocznych.

— Może.

— Szkoda, żeśmy nie byli przy wejściu — ozwał się któryś.

— Ba! — rzucił Jelitczyk.

I westchnął. Serce mu się bowiem ścisnęło, że nie był przy tej uroczystości.

Spojrzał wszakże z lubością na mówiącego i mruknął do siebie:

— Z tego będzie pociecha!

Spieszył się i dłużej nad jedną dobę co dni kilka wypoczynku ni sobie, ni koniom i ludziom nie dawał. Wszelako, jako doświadczony żołnierz, wiedział, że zbyteczny pośpiech, to podwójna mitręga43. Przy każdym więc postoju mówił, jakby tłumacząc się sam przed sobą:

— Co nagle, to po diable!