Mimo tej ostrożności musiał raz coś cztery doby w miejscu pozostać, bo konie były odsednione, trzeba im było dać folgę i z siodeł uwolnić.

— Pośpieszymy, gdy się wyliżą! — pocieszał się oglądając co dzień konie.

Z tym wszystkim mitręga była mitręgą i chociaż znad Niemna wyruszył w pierwszej połowie września, już dobrze było po drugiej połowie, gdy stanął na granicy Warmii.

Warmia była posiadłością krzyżacką, ale gdy przeprawiali przez nią wypuszczone branki, ludność, a nawet wójtowie witali ich chętnie, dostarczając żywności i przyjmując po chatach i dworach. Teraz ci sami, z którymi się poprzednio zaznajomili, na powracających kosym okiem poglądali. O żywność trudno się było doprosić, nawet za drogie pieniądze, a paszę dla koni z trudnością mogli zdobywać. Na uprzejme, żartobliwe pozdrowienie pana Jelitczyka ledwo odpowiadano niewyraźnym mruknięciem, udając, że mowy ich nie rozumieją, choć doskonale rozumieli kilka niedziel temu, jako że ludność była mieszana, składająca się z niedawno przez Krzyżaków nawróconych Prusaków i Mazurów znad Wisły, przeprowadzonych tutaj przez tychże samych Krzyżaków.

— Ki diabeł w nich wlazł? — pytał swojego pocztu Jelitczyk.

— A może i wlazł, boć to wiadomo — odmieńce.

— Albo i mieszańce — odpowiadano.

Niemniej podróż była utrudniona. Aż kiedy już wyjechali za Lidzbark, co to nad Łyną się rozsiadł, jakiś Prusak, sprzyjaźniony znać z Krzyżaki, rzucił urągliwie:

— Pośpieszajcie, bo nie dogonicie waszego Jagiełły.

— Jakoże? — spytał zdziwiony Jelitczyk.