— Zląkł się potęgi krzyżackiej, murów nie nadgryzł i zabrawszy swoje niedobitki, do dom wrócił.
— Co waść gadasz?! — krzyknął oburzony Jelitczyk.
— To, co waść słyszysz!
I odwróciwszy się, ów Prusak poszedł w swoją stronę.
A całe też jego szczęście, bo pan Florian, nie zważając na nic, byłby go za tę wieść płatnął po uchu, a może i głowę zdjął z karku. Krew wzburzona tak w nim grała, iż nie mogąc usiedzieć na miejscu, nie pozwolił koniom dojeść, kazał w torby obrok zabrać i ruszył z kopyta. W drodze zaś myślał sobie:
„Ten przechera, diabli go wiedzą. To być nie może. Ale zawsze nie wadzi pośpieszać”.
W drodze, kiedy z konieczności musiał dać folgę koniom, tu i ówdzie jakieś go półsłówka dolatywały. Kiedy zaś był już jeno o trzy doby od obozowisk, a to było już w końcu września, spotkał ciągnące wozy, w nich chorych i rannych pod opieką Sienichy.
— Co to? Co się stało? — spytał widząc wozy nie ku Malborkowi, lecz w przeciwną stronę skierowane.
Na pierwszym wozie ktoś machnął ręką i jęknął, nic mu nie odrzekłszy. Zły i zgryziony szukał Sienichy. Jakoż znalazł ją na jednym z wozów, przy najciężej chorych.
— Babo, co się dzieje?! — począł z miejsca.