W duszy zaś myślała:

„Hańba to tym, którzy nie doczekawszy końca, Jagiełłę i jego wojska opuścili”.

A myśląc tak, miała na pamięci Witolda, który nie doczekawszy żadnych rokowań, 18 września ze swoimi chorągwiami od oblężenia odstąpił. Nie rzekła wszakże nic o tym do rycerza Jelitczyka, jeno z głębi serca westchnęła.

Jelitczyk też już nie wypytywał.

Król odstąpił od Malborka i wraca! To było dość dla niego. Przyłączył się ze swoim pocztem do taboru Sienichy i każde z nich w ciszy przeżuwało smutne wieści, a przełknąć ich nie mogło.

Sienicha też wciąż myślała sobie:

„Ach, ten Witold, Witold, szczery Litwin, niepomny na krzywdy, jakie te psy jego ziemi zadały, zniósł się z Krzyżaki potajemnie... Prowadził konszachty za plecami Jagiełły. Musieli mu dużo obiecać... Może, że mu pomogą do ogłoszenia się udzielnym księciem Litwy? Boże, mój Boże!... A to wszystko na nowe nieszczęścia i kłótnie między braćmi... — wzdychała. — A ja tak myślałam, tak wierzyłam, że Witold się uspokoił, że przekonał się o chytrości Krzyżaków. Tak się cieszyłam, gdym go ujrzała w zapamiętaniu wojennym, kiedy jak wicher, jak sam Perkun miotał pociski pod Grunwaldem i w jasności błyskawic stał groźny, i rzucał pioruny”.

I tak mieszając bóstwa pogańskie z wiarą w pomoc jedynego Boga, przechodziła myślą ubiegłe, pełne świetności chwile i ostatnią brzydką zdradę Witolda.

— Tak pragnęłam ujrzeć onego księcia, co się na Litwie, jako ja, urodził. Tak mu służyłam, a teraz...

I zakryła oczy, jakby je chciała od smutnego widoku i przykrych wspomnień uchronić. A westchnąwszy z głębi piersi, po chwili znów myślała: