„Zastawiał się, że w jego obozie biegunka, to i co? Byłabym im dała leki, gdybym była wiedziała. Mówił, że w jego obozie więcej chorych niż zdrowych... No, jużci prawda, zbiednieli, połowa zaledwie do swoich domów zdąży, aleć tak odstąpić od murów, tak odstąpić!” — biadała w sobie.
I z tymi myślami żyła od chwili opuszczenia obozowisk spod Malborka.
A obozowiska te płonęły rozlewając szeroką łunę i niejednego nieświadomego złudzić mogły, że zamek malborski płonie. Lecz nikt się nie łudził. Wieść bowiem o mających nastąpić układach i odstąpieniu Jagiełły spod Malborka 19 września rozbiegła się nader szybko po okolicy.
Jagiełło kazał podpalić resztki obozów, a ci, przez których ziemię przejeżdżał, doskonale wiedzieli już o tym. Podnosili nawet tak łacno głowy, jak łacno po pogromie grunwaldzkim je przed nim chylili.
Ba, nawet nie tylko te ziemie, przez które przejeżdżał, ale i miasta dalsze, jak Królewiec, Elbląg, Gdańsk, Brodnica, Ostróda, a nawet pograniczne Działdowo, złamały przysięgę daną królowi polskiemu i dowiedziawszy się o ustąpieniu jego spod Malborka, na powrót poddały się Krzyżakom.
Najwięcej zaś podnosił głowę Henryk von Plauen, on, co kilka niedziel temu korzył się przed królem, prosząc o pozwolenie, żeby go wielkim mistrzem obrano. I miał z czego się puszyć i nadymać, boć zaraz po odstąpieniu polskich obozów spod Malborka dopełniono ceremoniału, jaki zwykle przy obiorze wielkiego mistrza miał miejsce.
— I czemu to wszystko przypisać, czemu? — pytał Jan z Tarnowa innych panów radnych, gdy na jakimś postoju po opuszczeniu Malborka razem się zebrali.
— Tajemne układy Witolda z komturami i samym Plauenem, odjazd wielkiego księcia z hufcami, oto przyczyna — mówił podkanclerzy Mikołaj, nie tając niechęci do Witolda.
— I jeszcze mu król dla bezpieczeństwa dał szesnaście chorągwi! — utyskiwał Habdank Skarbek.
— A przecie mogliśmy ich wziąć choćby głodem, boć nam na jadle zbywało — mówił Jędrzej z Brochocic.