— A oto za Witoldem zwinęli obóz książęta mazowieccy i precz odjechali — wtrącił ktoś inny.
— To też najwięcej zgryzło Jagiełłę — rzekł podkanclerzy. I zaraz dodał: — Przedstawiałem, prosiłem najmiłościwszego, że siły jeszcze mamy, że lada dzień muszą się poddać. Ale król jedno tylko powtarzał: wolę odwrót i układy, niż żeby wszyscy bez mego zezwolenia obóz opuścili.
— Tak, ogólne było zniechęcenie — westchnął Jan z Tarnowa.
Ze wszystkich piersi wydobyło się również westchnienie. Zaległa cisza.
— Najpierwszym błędem było pozwolenie na wejście onych komturów za mury! — rzucił Zyndram z Maszkowic.
I mimo woli stanęli wszystkim w oczach owi niezwykle grubi rycerze. Aż Jan z Tarnowa się ozwał:
— Nie czas nam teraz rozmyślać nad tym, co się stało, kiedy już obozy popalone, lecz czas, aby spodziewane układy jak największą korzyść przyniosły.
— Wiemy, jakie to będą układy! — Machnął ręką Zyndram.
— Krzyżak wszystko obieca, a nic nie dotrzyma — mruknął Habdank.
— Zawszeć nie będzie tak butny, jak wprzódy. Przecie gdy komu krwi upuszczą, nie jest taki skory do bitwy — ozwał się pan Jędrzej z Brochocic. — Ja sam niejednego pluchę na tamten świat wysłałem, krwią krzyżacką zasiliwszy pola pod Grunwaldem! — dodał z błyskiem rozradowania w oczach.