A inni też poczęli opowiadać o onej bitwie i wspomnieniem zwycięstwa jakoś się nieco rozradowali.
A po innych obozach rycerze, pospolitaki, a nawet ciury obozowe główną winę przypisywali wejściu owych obładowanych komturów, mówiąc:
— Póki im głód doskwierał, byli pokorni, byliby się bodaj poddali. Jak im przynieśli mięsiwa, jak się nażarli, zaraz na kieł wzięli...
— Szkoda, żeśmy się za mury nie dostali, byłoćby się tam czemu napatrzeć, a też i ucieszyć widokiem wygłodniałych Niemców.
— Co to zastawiają się imieniem Maryi i samego Pana Jezusa, a gorsze od najgorszych pogan — dodawano.
Ale byli i tacy, co niepomni na nic, cieszyli się z powrotu. Ci zaś mówili:
— Jużci, piękna byłaby rzecz za mury się dostać, a krwi niemieckiej jeszcze utoczyć, aleć już się i cniło niepomału... Noce i ranki chłodne, jeno patrzeć, jak się jesień rozhula, a tu człek w polu. A co tam w domu, to jeno Bogu wiadomo...
I na wspomnienie buchającego ogniem komina piersi tak się podnosiły i takie szły z nich odgłosy, jak z kowalskiego miecha, kiedy chłopak węgle rozżarza.
A król jegomość od chwili opuszczenia Malborka, choć legł pod namiotem, nie mógł sobie dać rady ze smutkiem, jaki wżerał się w niego. Często też siadał, głowę ręką podpierał i myślał:
„Żeby nie ten mój stryjeczny, byłoby się może za murami, ale ten zawsze mi okoniem staje. Coś on tam z Plauenem poszachrował... Ba, i Ziemko, i Kazik zaraz na swoje Mazowsze pociągnęli. Nie mogłem siedzieć dłużej, Boga mi, nie mogłem!