I bił się w piersi, aż po namiocie się rozlegało.

„Doszły też przecie wieści, jakoby Zygmunt Luksemburski, ten przechera, granice nam od południa najeżdżał — rozmyślał. — Nie, nie mogłem na to pozwolić”.

Wreszcie klasnął w dłonie i kazał wezwać podkanclerzego Mikołaja, ażeby na jego łono swoje wątpliwości oddać i w mądrych jego słowach ukojenia szukać. A chociaż to już była spóźniona pora, nikt jakoś do spoczynku się nie kwapił, bo im więcej od Malborka się oddalali, a wieści o miastach łamiących przysięgę dochodziły, tym więcej troska każdego żarła. Zjawił się więc zaraz podkanclerzy, a król począł:

— Nie mogę sobie dać rady z troską i smutkiem...

— Nie tylko najmiłościwszego pana troska pożera, aleć nas wszystkich, co jesteśmy mu wierni, a ziemię i naród miłujemy — westchnął Mikołaj.

Na chwilę obaj zamilkli.

— Nie mogłem dłużej pod Malborkiem mieszkać44, wiecie już przyczyny, aleć nie mogę pozwolić, żeby się to Krzyżactwo znów rozpanoszyło — począł monarcha.

Podkanclerzy pojrzał nań, a nie spuszczając wzroku, badał twarz króla, jakby chciał wyczytać, jakie są jego zamiary. Lecz Jagiełło tak był zatopiony w myślach, że wzroku podkanclerzego na sobie nie czuł. Więc tenże począł:

— Najmiłościwszy pan każe przyboczną radę zwołać?

Król drgnął, jakby się z jakiegoś gnębiącego snu zbudził, i spytał: