— Braciaszki, panowie radni, najmilsi rycerze, aż mi lżej po tej naradzie z wami!

I wszyscy jakoś nieco uspokojeni rozeszli się z myślą o nowej walce.

Tabor Sali

Po bitwie pod Grunwaldem tylu było rannych, zwłaszcza wziętych do niewoli Krzyżaków, że Sala z rozkazu Jana z Tarnowa musiała odjechać z nimi w głąb kraju.

— Szukaj jakiegoś bezpiecznego schronienia, posuń się ku dołowi Wisły. Tu ani jadła, ani wygody — mówił jej opiekun.

Sala byłaby rada dowiedzieć się czegoś o bracie i o Sienisze, lecz rozkazu trzeba było słuchać. Sama też wiedziała, że zwycięzcy nie potrzebują jej starań, a ranni żądni są bardzo wypoczynku.

„Gdzież może im być lepiej niż w Bobrownikach?” — pomyślała.

I rozkazała wozom, by się w tę stronę skierowały.

Wszyscy ranni, nie wyłączając jeńców krzyżackich, uważali ją za anioła opiekuńczego, najwięcej wszakże wdzięczność tę okazywał Karol, książę Fryzlandii. Od chwili jak przyszedł do przytomności, wypowiadał wyrazy podzięki, których wprawdzie Sala nie rozumiała, po sposobie jednak wyrażania, po głosie pełnym modlitewnego dźwięku, a przede wszystkim po spojrzeniu, domyślała się ich znaczenia. Nakazywała mu milczenie, które, jako ciężko choremu, koniecznie było potrzebne. Sama też unikała go i nieraz dzień cały nie zbliżała się do jego łoża. Wtedy Bonifacjusz, który nauczył się nieco mowy polskiej, zbliżał się i błagał, żeby choć na chwilę przyszła do jego wychowańca.

Tak książę, jak jego opiekun, między sobą rozmawiali w ojczystym swym języku, do porozumiewania się z otoczeniem i Salą używali mowy niemieckiej, której umyślnie się wyuczyli przed udaniem się do Malborka.