Sala przy częstych stosunkach z najeźdźcami z konieczności rozumiała tę mowę, starała się nawet o jej poznanie, mówiąc:

— Trzeba przecież wiedzieć, co oni między sobą szwargocą, jakie knują zamiary, aby łatwiej się od nich uchronić.

Od biedy mogła się nawet rozmówić niemiecką mową, używała jej jednak tylko z konieczności, a przy porozumieniu się tak z innymi, jak z księciem Fryzlandii, mówiła zawsze po polsku.

Po przybyciu do Bobrownik dała najlepszą, choć niewielką izdebkę dla Karola i Bonifacjusza.

— Najciężej chory, potrzebuje najlepszej wygody.

Więc chociaż sama nie zawsze się ukazywała, dbała, żeby gościom jej nie zbywało na niczym. A gości była moc. Zameczek bobrownicki nie mógł wszystkich pomieścić. Wielu umieściła w chatach chłopskich.

Przybora miał tyle do roboty, iż mimo całej czci, jaką nosił w sercu dla swej młodej pani, powtarzał:

— Jak dalej tak pójdzie, człowiekowi sił nie stanie! A mniejsza o siły, ale całe Bobrowniki pójdą na leki i jadło dla tych gości. Zjedzą je, ze szczętem zjedzą! I żeby to jeszcze swoi, aleć to Niemcy i zbieranina z całego świata, co nawet ludzkiej mowy nie rozumieją — dodawał.

Przy czym wykrzywiał się pociesznie, przekręcając jeszcze pocieszniej zasłyszane od onych obce wyrazy. Obawy wszakże, że całe Bobrowniki zjedzą owi goście, były płonne. Wieść bowiem o przybyciu całego obozu rannych rozeszła się po okolicy. Zaraz też z sąsiednich wiosek zaczęły się zgłaszać jejmoście, a która bogatsza, przewoziła do siebie po kilkunastu, inne zabierały choćby dwóch czy jednego, mówiąc:

— Jeżelić dziedziczka Bobrownik może mieć koło rannych staranie, pokażę, że i ja na Żabieńcu to samo potrafię!