I z większym jeszcze staraniem opiekę przygarniętym świadczyły. A tak owym obcym było dobrze, że niejeden, zwłaszcza z młodych Żmudzinów i Litwinów, myślał:
„Żebym sobie łaskę u ojców zaskarbił, może by mi córkę dali?... Ile że krzywym okiem na mnie nie patrzy...”
— Dobrze by też taką żonkę na Żmudź przywieźć. Wiela by nauczyć mogła, a też dzieci inaczej wychowała — dodawano.
A ktoś z Litwinów myślał sobie:
„Jeżelić Jagiełło wziął sobie żonkę w Polsce i taką z niej miał świętą panią, czemuż bym i ja nie miał na taką trafić...”
I tak sobie myślano, i tak sobie dogadywano w ciszy, a owo przyjęcie pod dach chorych stało się zadatkiem połączenia rodzin polskich, litewskich, żmudzkich i zbrataniem dwóch sąsiednich, a jednakowo przez krzyżacką pięść nękanych narodów.
A kiedy święta Bożego Narodzenia nadeszły w każdym dworze nakryto stół utkanym obrusem, podesłano sianem, w którym ukryto po kilka orzechów, goście wydziwić się temu nie mogli. Pytali więc każdego:
— Co to? Na co to?
— Obaczycie! — odpowiadały figlarnie dziewczęta, stawiając mak mielony z miodem, gotowane ulęgałki i pierniki staraniem ich upieczone.
Pan domu, jeżeli już przybył, albo dziadziuś stary, lub sama jejmość wziąwszy opłatek, z każdym go łamała, dodając życzenie: