„Kraj nasz może piękniejszy, bogatszy, ma ludzi uczonych, prowadzi handel z innymi narodami, ale w kraju naszym i wiara jest inna, choć niby taka sama, i rycerskość inna. A zwłaszcza Sala...” — myślał sobie.

Nic więc dziwnego, że widząc ową garstkę orzechów w ręku dziedziczki Bobrownik, z wielką skwapliwością po dwakroć zapytał:

— Co to znaczy?

— Wyjmijcie spod obrusa garstkę, jeżeli znajdziecie do pary, dola wasza będzie szczęśliwa — odrzekła Sala.

Karol skwapliwie spełnił rozkaz. Przeliczył orzechy. Było ich siedemnaście. Posmutniał i westchnął. A Sala, widząc, że mu to przykrość sprawiło, przeliczyła szybko swoje orzechy i tęż samą liczbę znalazła. I ona jakoś posmutniała, a nawet lica jej nieco pobladły. Pokonała wszakże chwilowy smutek i odsuwając jeden ze swoich orzechów, rzekła:

— Weźcie ten jeszcze. Będziecie mieli do pary.

— I tak smutnej doli nie odwrócę — rzekł drżącym głosem Leuwarden. — Wezmę go jednak, nosić będę na sercu, jako dar z waszej ręki pochodzący.

Spojrzeli na siebie.

Oczy ich były smutne i tym smutkiem chwilę się porozumiewały. Sala pierwsza wzrok swój w inną skierowała stronę, a Karol, wyjąwszy z zanadrza duży złoty medalion wiszący na złotym łańcuchu, otworzył go i między włosy matki w nim będące dar Sali skwapliwie ukrył.

Wtem z podsienia ozwały się wesołe głosy. Byli to żacy z Lipna, ze szkółki przy kościele, oznajmiający, że z kolędą przybyli. Wprowadzono ich zaraz.