Po wypowiedzeniu oracji żak wziął kredę i dość wprawną ręką na drzwiach wypisał: C. M. B. anno 1410.

Sala, przyjąwszy kadzidło, oddała je żonie Przybory, imci pani Benignie. Ta, wziąwszy węgli żarzących z komina w skorupkę, nasypała na nią jagód jałowcowych. Dym buchnął, ale i zapachem ostrym, leśnym napełnił komnatę. Po czym poszła w głąb dworzyszcza, następnie do obór, stajen i całego podwórca gospodarskiego, wszędzie wykadzając, ażeby wszelkie zło i choroby tak od dworu, jak i od dobytku odpędzić.

Żaków zabrano, ugoszczono, obdarzono chlebem, rybą suszoną, ulęgałkami, mięsiwem, a nawet dostało im się nieco i z odzieży, boć każdy na żaczków był łaskaw.

Karol i Bonifacjusz, a także i Niemcy wylizujący się jeszcze z ran lub ostający w niewoli, w osłupieniu poglądali na to wszystko. A Karol rzekł, nachylając się do Sali:

— Dziwny kraj, dziwny naród, jak w cudownej bajce! A wy, jako królewna... I ja sprzysiągłem się z Krzyżakami i przeciw takiemu narodowi rękę podniosłem — westchnął i szczery żal poczuł w swym sercu.

I lice jego więcej jeszcze przybladło, a smutek coraz głębszy wżerał się w jego duszę.

Bonifacjusz, choć mu młody książę nic nie mówił, doskonale rozumiał, co się w jego duszy dzieje. Bolał srodze nad jego cierpieniem, rozmyślając:

„A gdyby tak ojca świętego o zwolnienie od przysięgi prosić, a zarazem o gwałtach krzyżackich, a pobożności i cnotach narodu powiedzieć?...”

Niezadowolenie

Wielki mistrz Plauen czuł, że dymiące zgliszcza Zakonu niełatwo do dawnej świetności powrócą. Pod Grunwaldem legło 18 000, w niewoli przeszło 40 000 i to najcelniejszych z całej środkowej i zachodniej Europy rycerzy. Z 700 braci zakonnych ocalało jeno 15.