— Niewolnika dużo? — spytał.

— Będzie do dwóch tysięcy, i zacnego! — zawołał Jelitczyk, który po połączeniu się z wojskami Jagiełłowymi zaraz się do idących na wyprawę wprosił.

— Z tymi niewolnikami bieda — szepnął król.

— Co za bieda, każde dworzyszcze weźmie do chwili, póki najmiłościwszy pan coś z nimi nie postanowi, a okupu nieszpetnego nie naznaczy! — odparł pan Florian. I zaraz dodał: — Ci Inflantczycy to przewrotny i chytry naród niczym...

Chciał powiedzieć: niczym Litwini, ale się wprędce pomiarkował, żeć to i król z tego narodu pochodzi.

Jagiełło się uśmiechnął. Może się domyślił, ale nie badał. Kazał jeno zwołać radę i zaraz powołał pod broń Kujawy, Dobrzyńskie, Wielkopolskę, Sieradzkie, Łęczyckie. Tak że wielu, ledwo do dworzyszcz i chat wróciwszy, oszczepy a topory opatrywać musieli i na nową znów szli walkę. Nikt jednak nie utyskiwał. Przeciw Krzyżakom wielka była zawziętość, a niektórych i odwrót spod Malborka bolał setnie. Zwinął się też dzielny wódz, Sędziwój z Ostroroga, i nim słotny listopad się skończył, zdobył wiele miast na Pomorzu i z chorągwiami i zacnym łupem wracał. Zwycięstwo to tak królewskie, jak i panów koronnych oblicza rozpogodziło.

— Bóg wielki, sprawiedliwość czyniący, nie pozwoli tej krzyżackiej hydrze łba do góry podnosić! — powtarzano.

— I książę Witold powołał pod broń swoich, i gotów do walki pod Grodnem stoi — rzekł Jan z Tarnowa w jakiejś poufnej rozmowie z królem. — A i Żmudź gotowa choćby zaraz walkę rozpocząć. Przewodzi jej Geradajos, rycerz zacny.

— Geradajos? — powtórzył król. — Aha, to ten, co owe gołębice na Żmudź odstawiał.

— Tak, tak, najmiłościwszy panie — przyświadczył podkanclerzy Mikołaj.