A wszyscy się wielce dziwowali, że król przy tylu najrozmaitszych sprawach o odjeździe owych gołębic pamiętał. Lecz nie mniej był zdziwiony Plauen, gdy się o zbrojeniu Witolda dowiedział.
— Cóż to, mało obiecałem temu przecherze?! — wołał wzburzony.
Niemniej i zwycięstwa odniesione przez oddziały polskie, jako i zbrojenie Witolda, zaniepokoiły go jakoś. Niezwłocznie więc wysłał, prosząc o rozejm.
— Osobiście pragnąłbym się z królem polskim porozumieć — mówił do Leuchtera, pełniącego przy nim urząd sekretarza.
Leuchter zrozumiał, co te słowa znaczą, i podążywszy za obozem Jagiełły, spotkał go pod Raciążem. I póty używał swej olśniewającej wymowy, póki Jagiełło nie zgodził się na osobiste z wielkim mistrzem porozumienie.
Zjawił się też zaraz 8 grudnia Plauen w Raciążu, bo wyjechawszy jednocześnie ze swoim posłem, czekał jeno na jego wezwanie. Ksiądz podkanclerzy Mikołaj i Jan z Tarnowa oraz Zbigniew z Oleśnicy, jako rozumiejący mowę niemiecką, byli przy królu. A kiedy dwaj pierwsi z największą dokładnością powtarzali każdy wyraz wielkiego mistrza, Zbigniew zapisywał jeno całą rozmowę, ażeby ją dla potomności podać.
Z Plauenem był jeno Henryk Leuchter, jako znający mowę polską, Anton Ludwigsburg, jako pisarz i powaga Zakonu, i o dziwo, kulas Hilt.
Ten, chociaż jeno knecht, znał również mowę polską, potrzebny więc był do wysłuchania, co tam w obozie mówią, i do podpatrzenia, jaki duch w nim panuje. Hilt dumny był ogromnie z tej podróży. Wyjeżdżając mówił:
— I na głód, i na niewygody trzeba się narazić, gdy idzie o dobro Zakonu. A bez Hilta nic, nic! A może spotkam gdzie i Falsa, może do Polaków przystał, jeżeli go diabeł w tej grunwaldzkiej smole nie ugotował. Brrr! — Otrząsnął się i mrowie po nim przeszło. — Przecie bitwy nie będzie! — dodał dla dodania sobie odwagi.
Falsa wprawdzie nie spotkał, ale też niewygód i głodu nie zaznał. Owszem, raczono go, ile wlazło, mówiąc: