— Pij, psiakrew, Niemcze, żebyś wiedział, że Polacy niczego gościom nie żałują!
— Nawet gorącej smoły nie pożałowalibyśmy takiemu!
— A czego nie zjesz, nie wypijesz, to ci choćby tym wtłoczymy w gardło! — dodawano ze śmiechem, pokazując miecz nieszpetny.
Hilt niby się bał, ale widząc, że jeno dla krotochwili tak mówią, śmiał się wraz z nimi. Był zaś pewien, że do żadnego gwałtu nie dojdzie, bo sumiennie wymiatał misy, a jeszcze sumienniej wysuszał dzbany. Łypał też na wszystkie strony oczyma jak wiewiórka, strzygł uszami jak zając, chwytał każde słówko, ażeby wielkiemu mistrzowi zanieść.
— Czego nie wyrozumiem, nie dosłyszę, nie dowidzę, to dodam, wymyślę. Od czegóż łeb na karku — mówił pukając się w cofnięte ku czaszce czoło.
Kiedy więc zawołano go, aby stał przy drzwiach za oponą podczas obrad prowadzonych na poły po polsku, na poły po niemiecku, a każde słowo doskonale pamiętał, nie był z tej godności zadowolony.
„Toć tam wielebny Anton Ludwigsburg wszystko spisuje...” — myślał sobie.
Stanął jednak. Ale i tu jakoś sobie radził. Idąc wziął pod opończę nieszpetną konew doskonałego, wystałego, chmielem zaprawnego piwa. Nie tylko mu tego nie broniono, lecz dodano jeszcze nieco starego miodu. Połykał więc, mlaskał językiem, głaskał się z lubością po piersiach i żołądku, łowiąc uchem, co tam panowie między sobą gadają. Ale naraz poczęło się wszystko kręcić koło niego, nie mógł się utrzymać na nogach, uderzył łbem o drzwi, otwierając je szeroko, i runął jak długi na ziemię.
Zerwał się wielki mistrz, zerwał się Henryk Leuchter, Anton zaś Ludwigsburg z wielkiego przestrachu wypuścił z rąk pióro, rozlewając na pergamin strugę inkaustu47.
Lecz Jagiełło i jego otoczenie spojrzeli jeno, nie drgnąwszy nawet. A oto oczom wszystkich ukazał się Hilt leżący jak długi na ziemi, ściskający mimo to konew, z której sączyło się jeszcze nieco brunatnego płynu.