Plauen, ujrzawszy knechta, stropił się jakoś, boć tym sposobem wychodziło na wierzch podsłuchiwanie. Spojrzeli na siebie panowie niemieccy, a Henryk Leuchter, chcąc ratować sytuację, rzekł:
— To nasz sługa, znać coś ważnego się stało, kiedy z wiadomością dotarł aż tutaj. Pozwoli najmiłościwszy monarcha i nasz mistrz wielki oraz prześwietne zgromadzenie, że o przyczynie się dowiem — mówił kłaniając się dokoła.
Jagiełło uśmiechnął się i skinął głową, Jan z Tarnowa i inni spojrzeli na siebie porozumiewająco, a Zbyszko, kryjąc śmiech w kułak, przy oddzielnym stole zapisywał całe zdarzenie.
Tymczasem straż, stojąca przy drzwiach, podnosiła kulasa. Ten szamotał się wołając:
— Kazał mi wielki mistrz, najdostojniejszy pan mój, stać tutaj, stoję! Czego chcecie?!
Dopiero gdy Leuchter dłoń swą ciężką położył mu na karku i popchnął, dał się wyprowadzić bełkocząc:
— Wielki mistrz kazał... Godny naród... Napitek... Ale konew...
Przerwane tym epizodem obrady rozpoczęto na nowo. Lecz czy kulas poplątał ich wątek, czy inna jakaś przyczyna, dość że nie doszło do porozumienia. Dopiero na drugi dzień zjechano się w Nieszawie. Przybyło jeszcze więcej panów polskich i niemieckich i uradzono pięcioniedzielny rozejm.
Przez ten czas obie strony miały rozważać podane warunki pokoju, a Henryk von Plauen tyle tylko skorzystał, że Jagiełło za niewielkim okupem, i to za znamienitszych rycerzy, wypuścił do 20 000 jeńców. Inni wprost nie chcieli wracać.
— Wygrana! — zawołał Plauen. — Mając tylu rycerzy, po miesiącu rozpoczniemy walkę!