Plauen pojrzał na niego i nagle znać jakaś myśl mu błysnęła, rzekł więc przychylnie:

— Wszelkie śluby Zakon wielce szanuje i do szanowania onych stowarzyszonych skłania. Jedź więc, bracie miły, a że jesteś przykładnym synem Zakonu, dodamy ci na wet stosowne otoczenie, ażebyś mógł przed ojcem świętym godnie stanąć.

— Pragnę jako pielgrzym ubogi podróż tę odbyć — odparł przyciszonym głosem książę.

— Wysoko cenię twą pobożność, niemniej obowiązkiem naszym wysłać jednocześnie doświadczonych ludzi, którzy choć z dala będą nad twym bezpieczeństwem czuwali.

To rzekłszy, Plauen odwrócił się, czym dał znak, że dyskusję uważa za wyczerpaną.

Ten orszak, czuwający nad bezpieczeństwem młodego księcia, nie był dlań pożądany, zaś dla wielkiego mistrza był pod tę chwilę koniecznością, myślał bowiem:

„Na tego młokosa liczyć nic nie można. Słaba głowa. Oddany dewocji, ale ma stanowisko wśród dworów. To zawsze popłaca. Będzie kołkiem, ale w książęcej skórze. Sprzysiężony z Zakonem... Na prawdziwego przedstawiciela naszej sprawy trzeba wybrać... — Tu zamyślił się przebiegając myślą komturów i znakomitszych rycerzy Zakonu. — Henryk Leuchter byłby najodpowiedniejszy, ale ten na miejscu potrzebny... — Zamyślił się. — Prawda, Michał Kochmajster, którego głupi Jagiełło nawet miesiąca w niewoli nie trzymał, a bez okupu wypuścił...”

I uśmiechnął się drwiąco. A jako postanowił, tak zaraz wydał stosowne polecenie.

Prócz tego pchnął poselstwo do Karola Szóstego, króla francuskiego, do Henryka Czwartego angielskiego, do Zygmunta Luksemburskiego niemieckiego i do wielu znakomitszych rycerzy, przedstawiając Jagiełłę jako barbarzyńcę z poganami sprzyjaźnionego, nie dającego spokoju Zakonowi, a tym samym nie pozwalającego mu rozszerzać wiary świętej.

Czy dwory w to uwierzyły, czy w ich interesie było pomagać Zakonowi, dość że pomoc przyrzekały, a przede wszystkim u papieża sprawę Zakonu w myśl Plauena poparły. Podnosił więc wielki mistrz coraz więcej głowę, a chociaż doskonale rozumiał, że świetność Zakonu pogrzebana, puszył się i z właściwą sobie energią uderzając pięścią w stół, mówił: